środa, 29 sierpnia 2012

2. Hope! Nie zasypiaj!

W ciągu kolejnych kilku dni razem z Pierrem odwiedziliśmy moich rodziców, braci, byliśmy w miejscach, gdzie chodziliśmy na nasze pierwsze randki. Nieubłaganie jednak zbliżał się czas, gdy on znów mnie opuści. Leciał do Stanów, tym razem nie na miesiąc czy dwa jak to zwykle było, tylko na pół roku.
- Szybko zleci, zobaczysz. - pocieszał mnie, gdy byliśmy na lotnisku.
- Ale, co ja bez Ciebie zrobię? Tyle czasu?
- Nim się obrócisz, już będę z Tobą. Tylko nie płacz mi tu, bo ja też się rozkleję. - ujął moją twarz w swoje dłonie i po raz ostatni pocałował mnie. Potem jeszcze mocno go przytuliłam. Nie chciałam, by mnie zostawiał. Samą. Na tak długo. Zniknął za bramkami. Stałam tam jeszcze dość długo patrząc z nadzieją, że jednak wróci. Tak się jednak nie stało.
- Uwaga! - usłyszałam znajomy krzyk. Obróciłam głowę w stronę dźwięku i....

- Jezu! Przepraszam! Ja.. Ja nie chciałem.. Naprawdę! - tłumaczył się jakiś męski głos. Otworzyłam oczy. Leżałam na zimnej posadzce hali lotniskowej. Wokół mnie widziałam 5 chłopaków. Jednego z nich rozpoznawałam.
- Cześć Niall - ledwo powiedziałam, próbując się uśmiechnąć. Zamknęłam oczy i jedyne co jeszcze pamiętam to...
- Hope! Nie zasypiaj!

Obudziłam się w szpitalu. Doznałam lekkiego wstrząśnienia mózgu. Straciłam przytomność na lotnisku. Niall i jego czwórka przyjaciół przywieźli mnie tu... wczoraj. Blondyn siedział teraz przy moim łóżku.
- Niall...
- Hope! Ja Cię strasznie przepraszam za tych wariatów. Oni nie chcieli..
- A co tak właściwie się stało, bo pamiętam tylko jakiś krzyk i potem ciemność.
- No... Mój przyjaciel, Louis, zaczął bawić się wózkiem z bagażami naszego innego przyjaciela Zayna no i za szybko na nim jechał i uderzył w Ciebie.
- Czyli to ten tak przepraszał? - uśmiechnęłam się.
- Tak. Jak chcesz możesz ich nawet poznać. Są tu.
- Ale nie mają żadnych walizek ani wózka?
- Nie. - zaśmiał się. On ma taki zaraźliwy śmiech. Wyszedł z sali by za chwilę wrócić z przyjaciółmi. Przedstawił ich po kolei.
- Tak więc to jest Zayn, który wczoraj przyleciał - wskazał na chłopaka o ciemnych włosach, oczach i skórze i tatuażami na rękach - Dalej Liam - wysoki chłopak o krótkich włosach, w koszuli w kratkę - Harry - burza loków. Pierwsze co mi się rzuciło, potem cudne oczy i uśmiech. No i dołeczki, przesłodkie - A na końcu Louis.
- Cześć. Przepraszam za to co się stało - tłumaczył się chłopak w spodniach z podwiniętymi nogawkami i szelkami oraz koszulką w paski.
- Na prawdę nie musisz przepraszać. Nic mi nie jest.
- To dlaczego zemdlałaś, co?
- Dobra, nie mówmy już o tym.
- Aaaa! Nie skończyłem przedstawiać. Chłopaki to jest Hope. - ten blondyn jest taki zabawny.
- To ta, które pies Cię obślinił? - spytał Zayn.
- Tak.
- Brawo - zaśmiał się.
- Tak w ogóle to co robiłaś na lotnisku? - spytał Liam.
- Odprowadzałam Pierra, mojego chłopaka, na samolot do Stanów. Teraz zostałam sama.
- Jak to sama? Przecież masz nas! - powiedział uradowany Harry.
- Taaa.. Tyle że znamy się jakieś 10 minut? Nic o was nie wiem i vice versa.
- Hmmm.. No to może opowiemy Ci trochę o sobie tak, by było Ci miło. I tak dopiero jutro Cię wypuszczą.
I się zaczęło. Zayn, którego odbierali wczoraj, przyleciał z Bradford, gdzie był u swojej rodziny. Pracuje w szkole, uczy tam literatury angielskiej. Liam jest sportowcem, tak jak Pierre, tyle że on biega. No i ma dziewczynę, Danielle. Harry i Louis pracują w sklepie z zabawkami. I w dodatku są ze sobą. Zachowują się jak małe dzieci. Ale są uroczy razem. Niall pracuje w sklepie muzycznym. Sam również gra na gitarze. Poznali się na jakimś koncercie. Mają wspólną pasję - śpiew. Chcieliby nagrać razem płytę i jeździć po świecie koncertując.
- Dobra, teraz Twoja kolej - zachęcił mnie Niall. I tak opowiedziałam im o swoim życiu. Gdy ten usłyszał, że gotuję i mam własną restaurację najpierw mu szczęka opadła, a potem zaczął skakać ze szczęścia i dziękować Bogu, że mnie spotkał.
- Dlaczego on to robi? - spytałam najstarszego Louisa.
- Bo on uwielbia jeść.
- Nie widać tego po nim.
- No właśnie. I dlatego jesteśmy zazdrośni o to, że je tony jedzenia a nie tyje.
- Dobra, panowie. Koniec odwiedzin. - weszła do sali pielęgniarka i wyprosiła moich nowo poznanych przyjaciół.
- Przyjadę jutro Cię odebrać i nie ma 'ale'. - powiedział na odchodne Niall i pocałował mnie w policzek. Cała piątka zniknęła za drzwiami.
- Co za dziwny dzień - pomyślałam - I pewnie przeżyję jeszcze 178 takich dni.

Wreszcie cos napisalam tutaj. Mysle ze sie spodoba. Nagle naszlo mnie na napisanie rozdzialu. Nie wiem kiedy nastepny ale postaram sie by byl ciekawy. Nie tak jak ten taki nudny. Do nastepnego xx

sobota, 4 sierpnia 2012

1. Nie mów tylko, że w drzwiach stoi ktoś z Twojej rodziny.

- Tu, proszę, masz ręczniki. Zaraz wykombinuję Ci jakąś koszulkę. Moi bracia ciągle jakieś zostawiają. A i tam jest łazienka. - wskazałam drzwi w głębi korytarza - I jeszcze raz Cię przepraszam. Nie wiem, co w nią wstąpiło. Normalnie się tak nie zachowuje.
- Naprawdę nic się nie stało - chłopak dalej się uśmiechał. Wręcz bawiła go cała ta sytuacja. Odebrał ode mnie dwa puszyste kawałki materiału i skierował się do łazienki dla gości. Słyszałam wyraźnie jego kroki, takie zdecydowane. Z rozmachem otworzył drzwi, a zamknął je delikatnie. Brzęk przekręcanego zamka. Nie potrafię sobie wytumaczyć, dlaczego stałam tam tyle czasu i przyglądałam się wszystkim tym czynnościom wykonywanym przez nieznajomego. Wreszcie, gdy usłyszałam szum wody odeszłam w stronę kuchni.
Moje królestwo. Nie mogłabym żyć bez gotowania. Jestem do tego stworzona. Nie do bycia lekarzem, jak chcieli tego rodzice, tylko właśnie do tworzenia 'cudów' z prostych produktów. Jak to śmieje się Pierre 'gotowanie z niczego'. I postanowiłam jedno takie teraz wyczarować. Jako że jest niedziela, godzina 8:30, mój sportowiec pewnie jeszcze śpi. Jak przyjeżdża do mnie to zawsze długo śpi, odsypia treningi, wyjazdy, przeloty. Ale zaraz powinien się obudzić. Zaczęłam krzątać się po kuchni, kursować między lodówką, kuchenką i niektórymi szafkami. Gdy wszystko było gotowe, obróciłam się, by nakryć do stołu i wtedy aż podskoczyłam ze strachu.
- Jezu, Pierre! Wystraszyłeś mnie! - krzyknęłam, choć bawiło mnie to, w jako sposób siedział na stołku barowym po drugiej stronie wyspy i przyglądał mi się z tym uroczym uśmiechem na ustach, tymi cudownymi brązowymi oczami.
- Budzę się rano, ciebie nie ma, więc albo biegasz albo gotujesz. Dziś padło na to drugie. Nie przywitasz się ze mną? - zrobił smutną minę. Kocham sposób, w jaki mówi. Perfekcyjny angielski z nutką francuskiego akcentu, w którym każdy by się zakochał. Oczywiście podeszłam z wolna do niego, a będąc już w niewielkiej odległości od niego po prostu wyciągnął rękę, którą objął mnie na wysokości bioder i przyciągnął szybko do siebie. Wpadłam na niego, stykaliśmy się nosami i patrzyliśmy sobie w oczy. Wtem podniósł mnie i usadził na blacie jednocześnie stając przede mną. Zagryzłam dolną wargę, błądziłam dłońmi po jego torsie. Uwielbiałam jego ciało. Nie dość, że był wysoki (prawie 190 cm wzrostu) to jeszcze umięśniony i do tego przystojny. Ta jego ciemniejsza karnacja, ciemnobrązowe włosy, czekoladowe oczy i śnieżnobiały uśmiech, który urzekał. Był w samych bokserkach, rozszerzyłam nogi i pociągnęłam go za nie. Chciałam, by był jak najbliżej mnie. Nie widzieliśmy się dwa miesiące, gdyż trenował w Stanach. Teraz każda komórka mojego ciała potrzebowała go, jego dotyku, pocałunku, pieszczoty. Wsunęłam dłonie w jego włosy i łapczywie pocałowałam. Rzadko zdarzało mi się być napaloną, ale gdy już do tego dochodziło nie było odwrotu. Pierre to wyczuł, bo zaczął zdejmować moją koszulkę. Uporawszy się z nią, rzucił ją za siebie niedbale i przyssał się do mojej szyi, jedną ręką mnie obejmując, drugą wsuwając pod materiał krótkich spodenek, jakie miałam na sobie. Zarzuciłam ręce na jego szyję i przymknęłam oczy czując rozkosz i rosnące podniecenie tym, co właśnie robił. Otworzyłam je nieznacznie, w oddali widziałam jakąś postać w samych spodniach. Od razu się ocknęłam.
- Pierre - szepnęłam francuzowi - Pierre przestań.
- Dlaczego? Przecież wiem, jak to lubisz...
- Ale nie jesteśmy sami. Mamy gościa.
Chłopak przerwał, uniósł głowę z nad mojej szyi i spojrzał na mnie pytająco.
- Nie mów tylko, że w drzwiach stoi ktoś z twojej rodziny - wyszeptał błagalnie.
- Nie, to nie oni - westchnął z ulgą. - Weź wyjmij tą rękę. - syknęłam, bo dalej trzymał ją w moich majtkach. Spojrzał na nią i szybko ją wyjął. Zsunęłam się z blatu, podniosłam koszulkę, którą się zakryłam i podeszłam do blondyna. - Pierre, to jest... - nawet nie wiem, jak on ma na imię.
- Niall, Niall Horan. - wtrącił z uśmiechem.
- Właśnie. Byłam rano biegać z Madison i zamyśliłam się, puściłam smycz, a ona na niego wskoczyła i zaczęła lizać po twarzy. Przewrócił się razem z nią i wpadł w kałużę błota. Nie mogłam pozwolić by cały brudny wracał do domu.
- Rozumiem. A koszulki nie ma bo?
- Bo jest cała brudna.
- I rozerwała się trochę z tyłu - dorzucił Niall.
- Dobra, dam Ci jakąś swoją..
- Nie! Dam mu którąś od chłopaków. Zostawiają je, nie upominają się o nie. Zaraz wracam.
Szybko pobiegłam na górę, wyszperałam w szufladzie jakąś koszulkę mojego starszego brata i zbiegłam na dół. Przy okazji ubrałam jeszcze swoją. Weszłam do kuchni, a oni siedzieli sobie przy stole i w najlepsze gadali.
- O! Nie wiem jak ci dziękować. - odparł blondyn, gdy wręczyłam mu koszulkę.
- Nie ma za co. Może zjesz z nami śniadanie?
- Ymmm - widziałam na jego twarzy ogromne skupienie, analizował chyba za i przeciw, aż wreszcie odparł - Nie. Nie będę wam przeszkadzał. I tak kumple czekają na mnie. Miałem być 20 minut temu w domu z jakimś prowiantem.
- No to nie zatrzymuję - odprowadziłam go do drzwi.
- Czekaj, ja nawet nie wiem, jak masz na imię. - powiedział już za progiem domu.
- Hope Black - uśmiechnęłam się.
- No to do zobaczenia, Hope. - wyszedł przez furtkę, pomachał mi i pobiegł w stronę parku, w którym się poznaliśmy.
- Hope - donośny głos Pierra niósł się po domu. Zamknęłam drzwi i wróciłam do niego.
- Tak?
- Może dzisiaj nie będziemy jeść śniadania? - to powiedział po francusku, a to w jego przypadku oznaczało tylko jedno - I tak przeze mnie spaliłaś naleśniki.
Wzięłam go za rękę i pociągnęłam na górę do sypialni. Jakoś przy nim nie obchodziło mnie czy zrobiłam coś źle w kuchni. Gdy był ze mną to wszystko robiłam dla niego, a jeśli on czegoś nie chciał, to nic. Liczył się tylko on.
- Kocham Cię, wiesz? - spytałam w jego ojczystym języku.
- Wiem, kochanie. Ja też Cię kocham.

Myślę, że może być. Nie ma jeszcze jako tako konkretnej akcji, tylko wprowadzenie. Co o tym myślicie?